• Materiały do roku formacyjnego 2019/20

    "WOLNI I WYZWALAJĄCY"


    LIST Kręgu Centralnego ==>>
    Diecezjalny plan pracy DK AW ==>> 
    Kalendarz pracy rocznej RŚ-Ż ==>>

Świadectwa OR I Dębowiec, 16.07-1.08.2019, moderator - ks. Andrzej Persidok, para prowadząca - Hanna i Adam Miecznikowscy

Rekolekcje OR I w Dębowcu były dla nas zupełnie nowym doświadczeniem w życiu. Na ten ponad 2 tygodniowy wyjazd pojechaliśmy naszą całą rodziną, a więc z synami Kornelem i Tymonem. Sama decyzja o wyjeździe nie była łatwa, a podejmowaliśmy ją na pół roku przed rekolekcjami będąc w trakcie 1 roku naszej pracy kręgu DK.

Słowem wstępu, jesteśmy małżeństwem sakramentalnym od 5 lat. Nasi synowie mają 8 i 9, a znamy się od 10 lat. Znaliśmy się bardzo krótko, gdy pojawiło się pierwsze dziecko. W czasie ciąży zdecydowaliśmy się na ślub cywilny. Następnie zanim zaczęliśmy myśleć o ślubie kościelnym pojawił się na świecie nasz drugi syn. Tym sposobem minęło aż 5 lat zanim zdecydowaliśmy się na ślub kościelny. I była to najlepsza decyzja jaką podjęliśmy. Wtedy wszystko się zmieniło. Sporadyczne obecności w kościele zamieniliśmy na cotygodniową mszę. Po jednej z nich, ksiądz proboszcz zapytał, czy chcielibyśmy dołączyć do Domowego Kościoła. Julia chętniej, ja bardziej sceptycznie podjąłem temat. Moje stereotypowe myślenie o ludziach należących do tego typu wspólnot (o których nie miałem pojęcia) sprawiało, że niechętnie, aczkolwiek za namową żony wybrałem się na spotkanie. Pierwsze spotkanie z parami z naszego kręgu oraz parą prowadzącą sprawiło, że spróbowaliśmy i przystąpiliśmy do Domowego Kościoła a każde nasze spotkanie burzyło moje błędne myślenie o wspólnocie i ludziach w niej będących. To wszystko sprawiło, że od pary żyjącej z dnia na dzień bez większych planów staliśmy się małżeństwem i rodziną, która chce poznawać Boga i kierować się Jego słowem. Mimo to rekolekcje nie były mocnym punktem w naszym rozwoju duchowym i ciężko było nam podjąć wspólnie to zobowiązanie.

O rekolekcjach słyszeliśmy oczywiście dużo dobrego od wielu znajomych a także naszej pary prowadzącej, która OR I miała już za sobą. Mimo to pojawiało się sporo kontrargumentów i obaw związanych z wyjazdem. Są to bowiem 2 tygodnie, wydany pewien budżet, warunki bywają różne, a czas i plan zajęć na rekolekcjach nie kojarzył nam się z wypoczynkiem i relaksem. Taki wyjazd był zdecydowanie poza naszą strefą komfortu i w żadnym wypadku nie utożsamialiśmy go z jakimkolwiek rodzajem wypoczynku.

Jednak Duch Święty zadziałał i teraz. Jakimś cudem podjęliśmy decyzję, że chcemy pojechać na rekolekcje. Na kilka tygodni przed wyjazdem okazało się, że nasz krąg wybrał nas na animatorów w kolejnym roku. To tym bardziej umocniło nas w słuszności podjętej decyzji o rekolekcjach.

Dzień przyjazdu był niezwykły. Ciepłe przyjęcie przez animatorów, księży a także pozostałe rodziny, gdzie każdy okazywał chęć pomocy w słowie i czynie. Kolejny dzień jednak przyniósł wiele pytań i potwierdził nasze wcześniejsze obawy. Intensywny plan dnia, częsta obecność w kaplicy, spotkania w kręgach, nauka życia, modlitwy – to wszystko nas mocno przerosło a w perspektywie mieliśmy jeszcze 14 takich dni.

Kolejny dzień nie był lżejszy. Jednak w jego połowie chcąc usłyszeć od naszych dzieci jedynie potwierdzenie naszych obaw zapytaliśmy ich jak się bawią i czy im się podoba. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu powiedzieli, że jest super, że ciocia i wujek z diakonii wychowawczej są rewelacyjni i że to najlepsze ich wakacje. To był dla nas „szach mat” a zarazem impuls, żeby powiedzieć sobie – OK damy radę chociaż jeszcze jeden, dwa dni.

Trzeciego dnia nastąpił przełom i dzień mimo tego samego rozkładu jazdy upłynął bardzo szybko i pozytywnie, a treści omawiane na poszczególnych spotkaniach trafiały do nas ze zdwojoną siłą. Ku naszemu zaskoczeniu nagle rekolekcje stały się czymś pozytywnie angażującym.

Każdy dzień przynosił nam coś nowego. Jutrznia dodawała energii na cały dzień, szkoła życia zbliżała do ludzi i wiary, spotkania kręgów ubogacały, a Namiot Spotkania i wieczorna adoracja stawały się czasem, na który się czeka z utęsknieniem. Uczyliśmy się i doświadczaliśmy nowych rzeczy, począwszy od pełnienia dyżuru liturgicznego, przeprowadzenie dialogu małżeńskiego, aż po możliwość dania swojego świadectwa na spotkaniu oaz. To wszystko było poza naszym wyobrażeniem przed rekolekcjami, a w czasie nich stało się czymś wspaniałym i ubogacającym. Niesamowitym przeżyciem było odnowieniu sakramentu małżeństwa, modlitwa wszystkich par w naszych intencjach, a także poruszany temat Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Wiele tematów i obszarów pozostawiło w nas swój ślad, który chcemy zgłębiać również po rekolekcjach.

Zakończenie rekolekcji było czasem trudnym. Te 15 dni sprawiły, że ciężko nam było sobie wyobrazić powrót do rzeczywistości. Całą rodziną jesteśmy wdzięczni za ten czas, za opiekę animatorów, księży, kleryków i wszystkich zaangażowanych w ich organizację. Napełnieni Duchem Świętym wróciliśmy do domu, do pracy i już nie możemy się doczekać kolejnych wspólnych rekolekcji.

Chwała Panu!

Julia i Kamil Mazuruk
-----

Jesteśmy wdzięczni Panu Bogu za przeżycie naszych pierwszych rodzinnych rekolekcji. To doświadczenie było dla nas jednocześnie bardzo trudne i bardzo piękne. Trudne, ponieważ naszej dwuletniej córce – a przez to również i nam – ciężko było udźwignąć tak napięty codzienny harmonogram. Piękne, ponieważ mimo dużego wysiłku fizycznego, nasze dusze otwierały się na działanie Pana Boga.

Jednym z cudów tego „otwierania” było to, jak Duch Święty poprowadził nas do wspólnego przystąpienia (na razie jako kandydaci) do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Na początku w ogóle nie myśleliśmy, że takie zobowiązanie podejmiemy. W miarę upływu czasu ta sytuacja zaczęła się zmieniać i dotknął nas standardowy przypadek jednomyślności małżeńskiej „jedno chce, to nie chce drugie”. Potem „nie chce drugie” zamieniło się na „jedno teraz, drugie od nowego roku (bo tyle tego jeszcze mamy w szafce)” aż w końcu, tuż przed dzwonkiem, czyli podczas Godziny odpowiedzialności i misji, miał miejsce następujący przypadek. Ania, wracając do samochodu po „bardzo ważne” zabawki, modliła się w duchu: Jezu, szczerze pragnę przystąpić do KWC. Jeśli sprawisz, że Łukasz się zdecyduje, to przystąpimy razem. Bez niego nie przystępuję. W tym czasie w kościele do Łukasza podszedł kilkuletni chłopiec i zapytał: Wujku, a Ty którą opcję zadeklarowałeś? Łukasz zaczął tłumaczyć opcję od nowego roku, jednak mały człowiek nie rozumiał. Po kilku nieskutecznych próbach pomyślał - Skoro nie umiem wytłumaczyć tego dziecku, to znaczy, że nie mam dobrej wymówki i nie ma co odwlekać - powinienem przystąpić do Krucjaty już teraz. I tak razem złożyliśmy nasze deklaracje na ołtarzu. Dzięki temu mogliśmy dać świadectwo młodzieży zgromadzonej podczas Dnia Wspólnoty.

Mamy w sercach konkretne uzależnione osoby, za które podjęliśmy to zobowiązanie, jednak tak naprawdę w tej decyzji chodzi również o nasze wyzwolenie – wyzwolenie do dawania świadectwa. O ile bowiem samo niepicie alkoholu nie będzie dla nas właściwie żadną trudnością (stan wspomnianej już wcześniej szafki nie zmienia się właściwie od kilku lat) o tyle dawanie świadectwa o motywie abstynencji już w dalszym gronie znajomych będzie prawdziwym wyzwaniem (przynajmniej w przypadku Ani).

Kolejnym cudem rekolekcji było ponowne odkrycie obecności Boga przy nas w Jego słowie. Doceniliśmy wagę, a właściwie łaskę, codziennego Namiotu Spotkania. Zabraliśmy ze sobą mocne pragnienie i postanowienie częstej (codziennej) modlitwy Pismem Świętym.

Takich cudów było jeszcze wiele.

Wreszcie ostatni z nich: przez uczestnictwo w rekolekcjach zyskaliśmy poczucie, że Ruch Światło-Życie jest „nasz”. Wiedzieliśmy już wcześniej, że receptą na nasze wspólne małżeńskie szczęście jest Bóg. Podczas rekolekcji, doświadczając obecności i świadectwa innych małżeństw, utwierdziliśmy się w przekonaniu, że Domowy Kościół daje bardzo dobre wytyczne, co do sposobu zażywania leku z recepty – a są to zobowiązania: dialog małżeński, modlitwa małżeńska, modlitwa osobista, lektura Pisma Świętego. Zobaczyliśmy, że to działa.

I za to chwała Panu!
Ania i Łukasz Mróz
-----

Jesteśmy małżeństwem od 7 lat, a w Domowym Kościele jesteśmy 2 lata. Po rekolekcjach ewangelizacyjnych Domowego Kościoła w zeszłym roku w Ołtarzewie zdecydowaliśmy z mężem, że to jest dobry czas i oboje chcemy jechać na dwutygodniowe rekolekcje wakacyjne. Dla męża to było nie lada wyzwanie, gdyż nigdy nie brał udziału w tak długich rekolekcjach. Ja miałam pozytywne doświadczenie z oaz wakacyjnych młodzieżowych.

Na rekolekcje przyjechaliśmy z pewnymi pytaniami, wątpliwościami, na które chcieliśmy znaleźć odpowiedź. Już tuż po przyjeździe doświadczyliśmy Bożej obecności, kiedy na naszych drzwiach zobaczyliśmy cytat: "Powierz Panu swe dzieło, a spełnią się twoje zamiary" (Prz 16,3). Zakręciła się łezka w oku i pomyśleliśmy, że On tutaj blisko jest.

Najważniejszym i głównym momentem dla nas na rekolekcjach DK było przyjęcie Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Jezusa zawsze traktowaliśmy jak Ojca lub przyjaciela, do którego można przyjść, wyżalić się, porozmawiać, pokłócić się. Był zawsze kimś, kto zrozumie, pocieszy, doradzi, można Mu zaufać. Przyjęcie Jezusa jako Pana i Zbawiciela sprawiło, że Jezus zaczął w różnych momentach dnia dotykać w nas różnych wrażliwych punktów, udzielać wskazówek, zwracać uwagę na to, co dobre, ale i co wymaga naprawy. Głównie poprzez swoje słowo, czy to podczas Jutrzni, czy to podczas osobistego spotkania z Nim w Namiocie Spotkania, albo na mszy św. podczas Liturgii Słowa albo w czasie wolnym również przez ludzi. On zawsze był i dawał znaki, że kocha i chce nam pomóc. Pewnego dnia podczas Namiotu Spotkania w pełni dotarło do mnie, co to znaczy Jezus Pan i Zbawiciel. Uderzyły mnie i poruszyły dogłębnie Jego słowa: "bo Ja wyświadczam łaskę, komu chcę i miłosierdzie, komu Mi się podoba" (Wj 33, 19). Czułam, że Jezus oczekuje ode mnie, abym zmieniła swoje trochę roszczeniowe nastawienie do Niego i przestała Go traktować jak kolegę, ale jako Pana, którego darzy się szacunkiem i respektem i to On przede wszystkim decyduje, co i kiedy ma się wydarzyć, a nie ja. To było wydarzenie skłoniło mnie do bycia bardziej pokorną.

Dla mojego męża z kolei przełomowym momentem na rekolekcjach był sakrament pojednania. Po spowiedzi pełen żalu i skruchy, kiedy dziękował za odpuszczenie grzechów, poprosił o słowo i otworzył Pismo św. na fragmencie: "Grzesznicy nawróćcie się, w sercu wspomnijcie rzeczy minione sprzed wieków. Tak, Ja jestem Bogiem i nie ma innego, Bogiem i nie ma takiego jak Ja" (Iz 46, 8-10). Zrozumiał, że Pan chce, aby pracował nad swoim grzechem, który często się powtarza. Grzech, który zniewala nie kończy się na sakramencie pokuty i wyznaniu go, ale wymaga dalszej pracy i Pan wzywa do podjęcia konkretnych kroków, które pomogą się wyzwolić.

Następnym wspólnym mocnym przeżyciem na rekolekcjach było podpisanie Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Przed podpisaniem krucjaty na czas nieokreślony pytałam się Jezusa, czy mam podpisać, czy to coś zmieni w tej konkretnej osobie. Przyszedł i tym razem z odpowiedzią w tych słowach: "Złóż ofiarę (...) i hojną obiatę, na jaką cię tylko stać" (Syr 38, 11) na adoracji w czasie wolnym, podczas jednej z wycieczek. Bardzo często, gdy w czasie wolnym wstępowaliśmy do zabytkowych kościołów była adoracja. To był taki znak bliskości Boga. Ja podpisałam krucjatę członkowską w intencji pewnej znanej mi osoby zniewolonej nałogiem innym niż alkoholizm. Mąż wsparł mnie i podpisał również krucjatę na rok w pewnej intencji. Dzień przed podpisaniem krucjaty, obchodziliśmy swoją rocznicę ślubu i chcieliśmy to uczcić, jak co roku, lampką wina. Teoretycznie to był ostatni dzień kiedy mogliśmy jeszcze napić się wina. Jednak na Namiocie Spotkania uderzyły mnie słowa: "Nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości, ale napełnijcie się Duchem" (Ef 5, 18). Czułam, że Bóg oczekuje już od tego momentu ode mnie wstrzemięźliwości, że osoba, za którą podpisałam już teraz potrzebuje modlitwy i ofiary. Także i to polecenie wykonałam pokornie.

Za czas i ludzi, których tam spotkaliśmy, za Boże słowa , które usłyszeliśmy i które były odpowiedzią na wszystkie nasze pytania i wątpliwości. Chwała Panu!

Urszula i Maciej Dębscy
-----

Świadectwa, RT Namiot Spotkania, Laskowice Pomorskie, 11-17.08.2019, moderator - ks. Piotr Kucharczyk, para prowadząca - Elżbieta i Grzegorz Kolasińscy


W lekkim powiewie przychodzisz do mnie, Panie… I rzeczywiście Pan przychodził w ciszy, w całkowitej harmonii i mocno odczuwalnym pokoju w sercu. Miejsce rekolekcji, położone z dala od zgiełku (nie licząc miarowego stuku pociągów), tylko mogło pomóc utrzymać ten stan, który sprzyjał temu, aby stanąć w prawdzie, usłyszeć głos sumienia i Słowo Pana. To również czas spędzony w bliskości Najświętszego Sakramentu. Nie wiem, jak to możliwe, ale miałam poczucie bycia w bezczasie lub czułam, że czas płynie bardzo wolno, a każdą minutę przeżywam nadzwyczaj świadomie. Pan wielce darzył swoim czasem.

Po raz kolejny Pan utwierdził mnie w przekonaniu, że moje życie jest służbą drugiemu człowiekowi, a dostaję tę szansę, żeby podjąć to zadanie w określonym czasie. Tylko czy chcę być gotowa na to posłanie? Umocnił mnie w postanowieniu, że choć wiele wyzwań przekracza moje możliwości i czyha na mnie wiele zniechęceń, to mam trwać w imię Pana, gdyż wzmocni mnie w wymiarze wierności podjętej misji.

Pan w nieoczekiwany sposób doprowadził do mojego spotkania z ludźmi, którzy będą mi towarzyszyć w zupełnie innym miejscu i czasie. W tak niesamowitym czasie dał mi okazję zbudować nić porozumienia i obdarzyć te osoby zaufaniem.

Po przeżytych rekolekcjach w moim sercu jeszcze pewniej brzmią słowa psalmu: Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną…

Ewa
-----


Tegoroczne rekolekcje przeżywaliśmy bardzo osobiście. Pan Bóg chciał abyśmy uczestniczyli w Rekolekcjach Tematycznych DK - Namiot Spotkania.

Już od samego początku musieliśmy ćwiczyć się w cierpliwości, co do tego czy rekolekcje w ogóle się odbędą, czy się na nie zakwalifikujemy? Sytuacja ta dawała nam obraz tego, czy rzeczywiście pragniemy tej szkoły wiary. Przeżyty program rekolekcji, był dla nas odkryciem na nowo, czym jest osobista modlitwa, jaki jest jej cel oraz jak się do niej przygotować, jak ją przeprowadzić. Tkwiło w nas gdzieś przekonania, że modlitwa to obowiązek, że skoro jesteśmy ludźmi wierzącymi to trzeba, to się Bogu należy... Często podchodziliśmy do modlitwy, jako do sposobu uproszenia potrzebnych łask, a zupełnie uciekała nam istota, czym ta rozmowa z Bogiem, naszym Ojcem jest. Czy należycie się do niej przygotowujemy i z kim się podczas niej spotykamy, czy na pewno spotykamy się z Bogiem? To pytania które rozważaliśmy wewnętrznie w czasie tego owocnego czasu.

Szeroko otworzyły się nam oczy, gdy po raz już któryś w życiu usłyszeliśmy, że nasza modlitwa to spotkanie z Bogiem, który jest naszym Przyjacielem. To spotkanie, które przynosi nam radość, do którego się chcemy przygotować, na które tęsknimy. Nie powinniśmy traktować go jako obowiązku. Bóg jako nasz Przyjaciel jest cały dla nas, wystarczy przyjść i oddać mu wszytko co mamy, co nas trapi, co cieszy. Bóg jako nasz Pan, najlepszy przyjaciel potrzebuje od nas uwielbienia, potrzebuje uznania jako Boga, Pana! Otwórzmy się na to, co do nas mówi.

Tematyka rekolekcji miała też wpływ na nasze relacje małżeńskie. Pan pokazywał nam jak należy słuchać małżonka, kim jest współmałżonek na drodze do świętości, jak wiele możemy wspólnie.

Bardzo dziękujemy organizatorom oraz wszystkim uczestnikom rekolekcji za bogate świadectwo życia, za otwartość i życzliwość, której nie brakowało.

Anna i Andrzej

Świadectwa, OR I Rabka Zdrój, 3-19.08.2019, moderator - ks. Marcin Łuczak, para prowadząca - Agnieszka i Dariusz Korachowie

Ostrzegano nas, że wyjazd na rekolekcje będzie się wiązać z trudnościami. W naszym przypadku zaczęły się one jednak dopiero po przyjeździe, drugiego dnia. Tematy wykładów rozmijały się z naszymi oczekiwaniami. Szkoła śpiewu wydawała się raz infantylna, innym razem ponura. Na spotkaniach kręgów zawsze brakowało czasu. Skrypt, zamiast pomagać, wydawał się dodatkową przeszkodą ze swoim archaicznym językiem i enigmatycznymi pytaniami, luźno tylko nawiązującymi do sugerowanej listy cytatów. Dialog małżeński zakończył się katastrofą – niewiele brakowało, a rozstalibyśmy się. Nie było więc łatwo.

W przedziwny sposób byliśmy za to zgodni, krytykując sensowność naszego przyjazdu oraz program rekolekcji. Stopniowo zaczynało się w nas pojawiać poczucie rozczarowania i wyobcowania. Co kilka dni przeżywaliśmy kolejny kryzys, nosząc się z zamiarem wcześniejszego wyjazdu. Bóg nie zostawiał nas samych – w trudniejszych momentach dawał nam znaki. Zazwyczaj subtelnie, słowami osób, które spotykaliśmy na korytarzu. Raz, w kaplicy, bardziej bezpośrednio – zostawiając w głowie pytanie, czy chcemy zrezygnować z łask, jakimi zamierza nas obdarować.

Największy kryzys przyszedł dwunastego dnia rekolekcji. Dialog małżeński był taką katastrofą, że straciliśmy motywację do kolejnych spotkań. Informacja, że czeka nas wyjazd na Dzień Wspólnoty, przelała czarę. Postanowiliśmy, że mamy dość wrażeń i czas odpocząć. Zaraz po piątkowej Jutrzni poszliśmy do animatora naszego kręgu, aby powiedzieć, że już tego nie dźwigamy i nie chcemy jechać na Dzień Wspólnoty. Staszek dzielnie przyjął cios – powiedział, że jest mu przykro, ale decyzja należy do nas. Byłem wówczas przekonany, że postępuję właściwie. Moim priorytetem stało się odbudowanie dobrych relacji z żoną oraz z naszymi dziećmi. Pomysł spędzenia dnia na rodzinnej wycieczce do Krakowa wydawał się całkowicie racjonalny. Dobre samopoczucie animatorów mało mnie obchodziło. Wróciliśmy do naszego pokoju i wtedy moja żona powiedziała krótko „Maciek, jedziemy”.

Popatrzyłem na moją żonę, nie bardzo wiedząc, co jej powiedzieć. Z jednej strony to dla niej chciałem zrobić nam dzień wolny – wydawało mi się, że męczy się na tych rekolekcjach bardziej ode mnie. Ale czułem, że na ten dzień wolny pojechałaby z poczuciem winy. Westchnąłem więc głośno, dając w ten sposób do zrozumienia, co sądzę o tym pomyśle i powiedziałem „OK, niech będzie. Zrobię, jak zechcesz”.

Wychodząc dowiedzieliśmy się, że jedna z par naszego kręgu nie może jechać z powodu dolegliwości. Zanosiło się na to, że jeśli nie pojedziemy, to na Dniu Wspólnoty będzie tylko jedno małżeństwo oraz animatorzy. Byliśmy zaskoczeni, ale większej refleksji u nas to nie wzbudziło. Kilka chwil później byliśmy już w samochodzie. Włączyłem muzykę i skupiłem się na wykonaniu zadania – dowiezieniu nas wszystkich na miejsce. I wtedy to się stało. W jednej chwili moje pole widzenia zawęziło się do tablicy rejestracyjnej jadącego przed nami samochodu. Całe otoczenie stało się zbiorem nieostrych plam bez znaczenia. Ułamek sekundy później znów widziałem normalnie, a mojej głowie pojawiła się myśl: „To nie o was chodziło”.

Spojrzałem na żonę i powiedziałem: „Słuchaj, a może tu chodziło o to, aby zniechęcić Staszka i Agatę do bycia animatorami? Za dużo tu przypadków. Przecież nasz krąg został uszczuplony już na starcie rekolekcji. Jedno małżeństwo nie dojechało. Drugie właśnie dzisiaj się rozchorowało. Mało brakowało, a przez nasze fochy też byśmy nie pojechali. Jak myślisz, nie odebrałoby im to chęci do dalszego angażowania się w rekolekcje? Może te nasze trudności brały się właśnie z tego, żeby dali sobie spokój z byciem animatorami? Przecież Staszek mówił, że jemu te rekolekcje są potrzebne, aby utrzymać się na pokładzie, gdy wokół fale grzechu zmywają kolejne osoby. A tu – połowa kręgu nieobecna. Ja bym się na jego miejscu mocno zniechęcił, widząc taką absencję”.

Moja żona była zaskoczona – miała właśnie podobną myśl! Była jednak w takim szoku, że przez chwilę nic nie mogła powiedzieć. Czuła, że schodzi z niej całe napięcie, a jego miejsce wypełnia spokój. W końcu powiedziała: „Maciek, On jednak istnieje! Tam naprawdę ktoś o nas myśli i daje nam drugą szansę”!

Od tego momentu jakby zdjęto z nas ciężary. Przypomniało mi się wtedy, co powiedział ksiądz Marian Rajchel – zły duch stara się działać w ukryciu, a jego przegrana zaczyna się od zdemaskowania. Ani moja żona, ani ja, nie potrafimy rozeznać, czy za naszymi trudnościami rzeczywiście kryło się działanie Złego. Oboje jednak wierzymy, że to Bóg sprawił, że w jednej chwili pomyśleliśmy to samo. To On zdjął z nas ciężary i niepokoje, a w nasze serca wlał radość i spokój.

Na miejsce spotkania dojechaliśmy z zupełnie innym nastawieniem. Po raz pierwszy cieszyliśmy się, widząc naszą grupę. Nawet ludzie, którzy z niewiadomych powodów wcześniej nas irytowali, tym razem wydawali się bardzo sympatyczni. Dowiedzieliśmy się później, że te rekolekcje były dla Staszka i Agaty debiutem w roli animatorów. Ich przyjazd od samego początku wisiał na włosku, a trudności piętrzyły się zanim jeszcze dojechali na miejsce. Tak – do zniechęcenia od dalszej posługi brakowało im bardzo niewiele.

A jednak – On istnieje! I dyskretnie aranżuje „przypadki”, aby dać nam kolejną szansę.

Świadectwa, ONŻ III Rzym, 2-18.08.2019, moderator - ks. Stanisław Adamiak, para prowadząca - Iza i Wicek Pipkowie

Przeżycie Oazy III stopnia w Rzymie było jednym z naszych marzeń, a Pan tak wszystko poukładał, że zrealizowane zostało w tym roku. Na rekolekcje lecieliśmy bez oczekiwań, otwarci byliśmy na to, co Jezus chce do nas powiedzieć przez usta księży, pary prowadzącej i innych uczestników oazy oraz tych wszystkich, których spotkamy na pielgrzymkowej drodze.

Czas w Rzymie był niezwykły - odkrywanie miejsc, w których żyli i ginęli pierwsi męczennicy, kościołów i bazylik, w których zapadały najważniejsze decyzje dotyczące przyszłości Kościoła, spotkanie z Ojcem Świętym i przedstawicielami innych wspólnot i zgromadzeń zakonnych - to wszystko umocniło naszą wiarę, przynależność do Kościoła powszechnego i dało jeszcze większą odwagę, aby przekazywać Dobrą Nowinę innym ludziom. Lecz największe wrażenie zrobił na nas po prostu Jezus Chrystus - w codziennej Eucharystii, w Bożym Słowie, w drugim człowieku i w cudownym Boskim Obliczu z Manopello. Przez całe dwa tygodnie mogliśmy się wpatrywać w jego pełne miłości oczy - we współmałżonku, w siostrach i braciach z Ruchu Światło-Życie, w każdej napotkanej osobie.

Niech ten czas pozostanie w naszych sercach aż do końca, a słowa, które usłyszeliśmy owocują w każdym dniu naszego życia.

Chwała Panu!

Ania i Bartek Małkowie
-----

Na rekolekcje ONŻ III do Rzymu zapisałam się (nas) dopiero w kwietniu. Pod natchnieniem chwili okazało się że jest i czeka na nas jeszcze jedno wolne miejsce. Ale jak to w życiu bywa, czym bliżej wyjazdu, tym zło zakradało się w nasze życie coraz mocniej. Wyjeżdżaliśmy z mężem mocno skłóceni i na rozstaju dróg.

Pierwsze dni nawet trudno było się skupić na treściach. Konferencje, kazania, wstęp do dialogu, wszystko otwierało głębokie rany i stare blizny, które raniły. Codzienny dialog był albo pomijany, albo udręką. Na szczęście było z nami małżeństwo z naszego kręgu, które zna nas jak przysłowiowe „łyse konie”. Wiedzą o nas prawie wszystko – jak to we wspólnotach być powinno. Pewnego dnia stojąc na Mszy Świętej usłyszeliśmy intencje za nas. Oni po prostu zamówili mszę o zgodę w naszej rodzinie. Łzy popłynęły się same. Dla mnie była to niesamowita łaska. Ofiara Jezusa za nas i modlitwa wspólnoty. Od tego momentu Pan Bóg uzdrawiał, zaczęliśmy otwierać się na siebie, na dialog, na duchowe przeżycia rekolekcyjne.

Dopełnieniem była nocna modlitwa małżeńska przed Najświętszym Sakramentem. Po niej jeszcze nasze nocne rozmowy, po których okazało się, że mamy podobne pragnienia i dalej chcemy być ze sobą. Postanowiliśmy położyć jeszcze większy nacisk na naszą modlitwę małżeńską i dialog. Po powrocie z rekolekcji staramy się bardziej pielęgnować naszą miłość.

Jeszcze jednym owocem tych rekolekcji jest podpisanie KWC mojego męża w intencji ochrony od uzależnień naszych dzieci. Bardzo się cieszę, że wypadło to w roku, którego hasło to „Wolni i wyzwalający”.

Rekolekcje były dla nas niesamowitym darem z nieba. Chcemy podziękować za piękne kazania ks. Zenka, niesamowitą wiedzę ks. Stasia, perfekcyjnie przygotowanie rekolekcji i świadectwo życia pary prowadzącej Izy i Wicka.

Chwała Panu!!!

Beata
-----

Cieszymy się na każde wakacje i czas spędzony z rodziną, ale rekolekcje są dla nas czasem szczególnym. To nie tylko odpoczynek od świata i problemów dnia codziennego, ale odpoczynek przy Panu Bogu. Mamy doświadczenie dotknięcia przez Pana Boga podczas rekolekcji. Poprzez słowo, modlitwę, świadectwo innych, wspólnotę. Później, jak wracamy do codziennego życia, spraw i obowiązków z pozoru nic się nie zmienia, ale to gdzieś w nas zostaje, gdzieś kiełkuje: potrzeba i tęsknota za bliskością z Panem i ta radość, która wynika ze świadomości, że jesteśmy jego dziećmi.

Tak było też tym razem – Rzym III. Jechaliśmy bez jakiś specjalnych oczekiwań, dobrze nastawieni. Mając pozytywne doświadczenie poprzednich rekolekcji po prostu czekaliśmy na ten czas specjalnego wytchnienia. Bardzo lubimy Rzym, byliśmy tam kilka razy, a wiedząc, że Wicek i Iza są mistrzami w przygotowaniu rekolekcji, tylko z radością mogliśmy ich oczekiwać. Nie zawiedliśmy się. Było wspaniale.

Ogromne przeżycie duchowe – Msze św w najważniejszych bazylikach chrześcijaństwa, odnowienie przyrzeczeń małżeńskich, nocna adoracja Najświętszego Sakramentu, kazania ks. Zenka; intelektualne – historyczne opowieści ks. Stasia o Rzymie. Wieczne Miasto na każdym kroku świadczące o wielkiej historii chrześcijaństwa, przeżyty czas z innymi, ich świadectwa, przygody, których też nam nie brakowało. To wszystko oczywiście przyprawione niewygodami strasznego gorąca, trudami przemieszczania się wśród ogromnych tłumów, włoskim bałaganem, ułomnościami miejsca naszego pobytu w dzielnicy Rebibbia (no Hilton to nie był). Ale nadawało to całości tylko smaku i z perspektywy nie było trudnością, ale wartością dodaną. Moglibyśmy tak przez kolejne kilka stron opisywać (Sławek nawet napisał pamiętnik z podróży), ale teraz przejdziemy już do najważniejszego.

Ogromne przeżycie wspólnoty Kościoła – tak różnej, żywej, pulsującej, z wielu krajów, kontynentów, ras. Ale mającej wspólne korzenie, czerpiącej z tego samego Źródła i wyznającej tego samego Chrystusa. Tam dopiero doświadczyliśmy tej wielkiej różnorodności, która z perspektywy Polski i swojej parafii jest trudna do dostrzeżenia.

Rola świętych jako pośredników w relacji z Panem Bogiem i oraz obraz świadectwa wiary. To jest coś co dopiero odkryliśmy, a bardzo żywe jest w kościele włoskim. Tam w Rzymie, gdzie na każdym kroku są miejsca związane z obecnością, życiem, śmiercią świętych i męczenników. Oni wciąż dają świadectwo. I budują Kościół świadectwem swego ziemskiego życia jak i ciągłym wstawiennictwem za nami.

Życie Ewangelią – czerpanie z niej siły na co dzień, wsłuchiwanie się, co dzisiaj mówi do nas Chrystus i wcielanie jego nauki w życie, radość że towarzyszy nam w każdej chwili. To poczucie spokoju, bezpieczeństwa i harmonii, bo jest z Nami Pan i można mu powierzyć wszystkie troski i problemy dnia codziennego. Świadectwem życia ewangelią było dla nas spotkanie z kardynałem Krajewskim i audiencja u papieża Franciszka. Mamy pragnienie chociaż trochę zaczerpać z tego doświadczenia wiary.

Na koniec chcielibyśmy podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do organizacji tych rekolekcji, szczególnie Izie i Wickowi, księżom: Stasiowi i Zenkowi, parom animatorskim.

To było Boże Dzieło.

Kasia i Sławek
-----

Tego roku postanowiliśmy, że pojedziemy na rekolekcje ONŻ III. Myśleliśmy, że diecezja warszawska nie organizuje w tym roku trójki, więc myśleliśmy, że pojedziemy z jakąkolwiek inną diecezją. Podchodziliśmy do tego tematu spokojnie, bez emocji, po prostu wiedzieliśmy, że w tym roku musimy mieć „zrobioną trójkę”. Nagle dostajemy wiadomość od koleżanki, że nasza diecezja organizuje ONŻ III w Rzymie. Decyzja była szybka, od razu zadzwoniliśmy do organizatorów i zapisaliśmy się na rekolekcje w Rzymie. Już nie było tak spokojnie, były emocje, jedziemy do Rzymu. Nigdy nie byliśmy w Rzymie - a tu nie taki zwykły wyjazd, tylko rekolekcje. No i koszty - jak sobie poradzimy? Ale Pan Bóg o wszystko się zatroszczył i udało się, wyjechaliśmy.

Na początku to przejęcie, że jesteśmy w Rzymie, emocje z tym związane przeszkadzały nam wejść w duchowość rekolekcyjną. Ale Iza, Wicek i księża, którzy z nami byli napominali, aby pamiętać, że to są rekolekcje, a nie wycieczka do Rzymu. I udało się, zagłębiliśmy się w modlitwę (bo w domu ostatnio z naszą modlitwą było źle), wróciliśmy do dialogów małżeńskich, podążaliśmy drogą Piotra i Pawła i pierwszych chrześcijan. To były niesamowite wrażenia. I tak wchodząc w tę duchowość rekolekcyjną uświadomiłam sobie różne rzeczy. Niektóre oczywiste, znane, które sobie przypomniałam, a niektóre bardzo odkrywcze. Po spotkaniu z zakonem Małych Sióstr Jezusa dotarło do mnie, że Jezus przez swoje narodzenie w Betlejem, w ubogiej stajence uczynił zwykłe życie miejscem spotkania z Bogiem. Wiem, że to Bóg powinien kształtować naszą małżeńską wspólnotę. Bardzo ważne było dla mnie uświadomienie sobie, że należy dawać świadectwo przede wszystkim życiem, a jak trzeba to słowem. Odkryłam inne znaczenie dawania życia. Człowiek jest powołany do dawania życia. Nie chodzi tylko o potomstwo, ale o dawanie drugiemu człowiekowi życia, jakim jest Jezus (w gestach, znakach, okazywaniu zainteresowania, miłości). Uświadomiłam sobie również, że kiedy wyznajemy nasze grzechy, dajemy przestrzeń na działanie Bożego miłosierdzia.

Na rekolekcjach poczyniłam pewne postanowienia. Po pierwsze nie zaniedbywać modlitwy, Eucharystii i bycia z innymi. Nauczyć się dzielić z innymi też tym co lubię, co mi się podoba, dzielić się nawet, jeśli będzie bolało, albo jak powiedział kardynał Krajewski „dzielić się tak, żeby bolało”. Muszę pamiętać, że świątynia mojego małżeństwa należy do Boga. Ja jestem powołana do każdego dnia i nie należy przejmować się drobiazgami, głupstwami, tylko pamiętać, że celem jest Zmartwychwstanie i życie wieczne.

Lena Sasin
-----

W tym roku byłam na rekolekcjach ONŻ III stopnia w Rzymie. Pierwszy raz byłam uczestnikiem rekolekcji wraz z Domowym Kościołem. Przed wyjazdem miałam w związku z tym pewne obawy, ale na koniec byłam zachwycona. Rekolekcje są zawsze dla mnie szczególnym czasem, możliwością pogłębienia relacji z Chrystusem, oderwaniem się od codziennego życia, spraw i obowiązków.

Podczas rekolekcji doświadczyłam poczucia wspólnoty i budowania więzi poprzez rozmowy oraz inne formy, nie tylko z moimi rówieśnikami, ale także z osobami starszymi ode mnie, które założyły już swoje rodziny i pracują.

Wyjątkowe również było uczestnictwo we Mszy Świętej, codziennie w innym kościele, który miał związek z tematem dnia. Ponadto pozytywne przeżycia wzbudził we mnie kontakt z różnymi wspólnotami, to pokazało mi różnorodność i bogactwo kościoła.

Chwała Panu!

Z Bogiem,

Magda
-----

Świadectwa, OR I Bańska Wyżna, 3-19.08.2019, moderator - ks. Mariusz Żołądkiewicz, para prowadząca - Iza i Rafał Pytlakowie

Marta:
Pierwsze dni rekolekcji to był dla mnie szok: napięty program, zajęcia od świtu, dużo modlitwy. Drugiego dnia, z powodu zmęczenia, niewyspania i marudzących dzieci, przyszło zniechęcenie, nawet wątpliwości, czy Bóg istnieje (!). Ponoć kryzys drugiego dnia to dość typowa sprawa, na szczęście, po przespanej nocy, ustąpił. Czwartego dnia od rana przygotowywaliśmy się do przyjęcia Jezusa jako Jedynego Pana i Zbawiciela. Podczas namiotu spotkania mieliśmy rozważać fragment z Apokalipsy „Oto stoję u drzwi i kołaczę”. Jednak mój wzrok powędrował wyżej, do słów „Znam twoje czyny, że ani zimny ani gorący nie jesteś. (...) A skoro jesteś letni, chcę cię wyrzucić z mych ust.” Znałam ten fragment, przypomniało mi się, że słowa „wyrzucić z mych ust” to eufemizm tłumaczenia polskiego, bo w oryginale to słowo oznacza „zwymiotować” – czyli jeśli jestem niezdecydowana, Bóg mną gardzi, czuje do mnie obrzydzenie! A przecież jeszcze dwa dni temu wątpiłam w Jego istnienie! A za parę godzin mam Go przyjąć jako Pana i Zbawiciela! To mną wstrząsnęło. Postanowiłam, że muszę się zdecydować TU i TERAZ. Co to znaczy, że przyjmę Jezusa jako Pana i Zbawiciela? Czy jestem gotowa, aby oddać Mu wszystko, co mam najcenniejszego? Mojego męża, dzieci? Mój mąż ma niedługo jechać na drugi koniec Polski, wszystko może się zdarzyć! Czułam, że zaczyna mnie ogarniać panika, więc żeby uspokoić myśli zastosowałam jedną z technik medytacji chrześcijańskiej: wdech – Jezu, wydech – ufam Tobie, Jezu – ufam Tobie, Jezu – ufam Tobie. I wtedy wyraźnie usłyszałam słowo: „UFAJ!”. Natychmiast spłynął na mnie spokój, bo to była odpowiedź na moje wątpliwości. Muszę zaufać. Jeśli Pan będzie miał inny pomysł na nasze życie, jeśli zechce zabrać mi to, co najdroższe, to muszę zaufać, że tak będzie lepiej. Jezus chce dla nas samego dobra, więc nam pozostaje tylko zaufać. „Dobrze, Panie Jezu, zgadzam się! Chcę przyjąć Cię jako Pana i Zbawiciela i chcę Ci ufać.” – pomyślałam. Mój mąż zobaczył tylko łzy szczęścia i ulgi. Parę godzin później klęczałam przed uniesionym Najświętszym Sakramentem i głośno odczytywałam tekst ślubowania, przy każdym zdaniu pamiętając, że to oznacza zgodę na wszystko. To był jeden z najmocniejszych i najpiękniejszych momentów w całym moim życiu.

Krzysztof:
Po siedmiu latach przynależności do Domowego Kościoła, wreszcie udało nam się pojechać na rekolekcje, które okazały się być czasem przełomu w wierze, nawrócenia i doświadczenia Bożej miłości. Intensywny program dnia, aklimatyzacja w nowym miejscu, nowi ludzie, a w tym wszystkim, przygotowania do przyjęcia Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Pośród tylu zajęć i nowych treści, nie miałem zbyt wiele czasu na przeżywanie emocjonalne tego aktu. Powiedziałem tylko Jezusowi, że chcę, aby od dzisiaj był Panem mojego życia. W pełni świadomie zgodziłem się na to, by Jezus zamieszkał w tych obszarach mojego życia i tych miejscach we mnie, do których ja sam nie miałem odwagi nawet zaglądać. To było bardzo mocne doświadczenie na polu wiary. Z jednej strony strach przed tym, co może się wydarzyć i niepewność, a z drugiej właśnie wiara w to, że przecież z Bogiem nic złego nie może się stać. Można powiedzieć, że tego dnia zdjąłem kłódki z drzwi prowadzących do zakazanych dla Niego miejsc. On nie wszedł tam od razu. Pozwolił mi odkryć i zafascynować się na nowo najpierw moim powołaniem do bycia mężem i ojcem, poprzez zrozumienie istoty małżeństwa, na podstawie opisu stworzenia człowieka (Księga Rodzaju), oraz wnikliwej analizy tekstu przysięgi małżeńskiej. Kolejnym odkryciem były zobowiązania Domowego Kościoła. Przez długi czas na samo słowo „zobowiązania” cierpła mi skóra. Były dla mnie po prostu ciężarem. W kolejnych dniach rekolekcji mieliśmy okazję przeżyć każde z nich. Zobaczyłem wtedy, że zobowiązania nie są niczym innym jak spotkaniem osób. Wiążą (wiązanie) najpierw mnie z Bogiem, potem moje małżeństwo z Bogiem, następnie moją rodzinę i tak po kolei, aż do spotkania z Bogiem we wspólnocie na rekolekcjach. To wszystko zaczęło być po prostu fascynujące. W końcu przyszedł dzień pokutny. Jeszcze rano tego dnia byłem niemal pewien, że wyspowiadany przed rekolekcjami, nie potrzebuję korzystać ze spowiedzi, ale w modlitwie prosiłem Ducha Świętego, by pokazał mi mój grzech, którego może nie widzę. I tuż przed wyjazdem do Bachledówki, gdzie zorganizowane było nabożeństwo pokutne, zastałem w pokoju moją płaczącą żonę. Po krótkiej rozmowie już wiedziałem, że chodzi o poważną sprawę, dotyczącą relacji między nami, przed rozwiązaniem której, przez lata uciekałem. Nie było czasu na długą rozmowę. Trzeba było jechać na nabożeństwo. W tej sytuacji już wiedziałem, że spowiedź jest konieczna. Sam wpuściłem Jezusa do miejsca, gdzie jeszcze do niedawna wisiała kłódka. To było wspaniałe doświadczenie dotknięcia Bożej miłości i uleczenia głębokiej rany. Na początku niezbyt przyjemne, bo trochę bolało, ale zaraz potem oczyszczające i uwalniające. Po powrocie usiedliśmy z żoną do dialogu, a On był z nami.

Marta i Krzysztof:
Musimy jeszcze napisać o głębokiej wdzięczności dla Izy i Rafała oraz ekipy animatorów za wspaniale przeprowadzone rekolekcje, za stworzenie doskonałej atmosfery, która sprzyjała otwieraniu serc. Na długo zostanie w naszej pamięci piękna oprawa doniosłych momentów rekolekcji, przyjęcie Jezusa jako Pana i Zbawiciela, intymna modlitwa małżeńska, podczas której mogliśmy dziękować i przepraszać, Droga Krzyżowa z prawdziwym krzyżem na prawdziwą górę, oczyszczająca spowiedź w strugach deszczu, dialog małżeński – chyba pierwszy udany w naszej historii!, wzruszające odnowienie przysięgi małżeńskiej i huczne wesele – agapa – na koniec. To wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie nasza wspaniała diakonia wychowawcza, a na jej czele nieocenieni Basia i Romek, którzy wspaniale zorganizowali czas naszym trzem córkom. Każda z nich chce znowu jechać na rekolekcje – starszaki zachęciły się do formacji młodzieżowej. Osobne podziękowania należą się ks. Mariuszowi, którego można słuchać godzinami, który swoją mądrością i przykładami z życia otwierał małżeństwa na siebie nawzajem, który wreszcie miał niesamowite podejście do dzieci i młodzieży, a przy tym był doskonałym kompanem wycieczek górskich i wypadów na basen.
-----


Jesteśmy małżeństwem od 3 lat. Do Ruchu Światło-Życie przynależymy od 2. Mamy 4-letnią córeczkę Łucję i oczekujemy przyjścia w listopadzie kolejnej dziewczynki, która będzie nosiła imię Sara. Decyzja o wyjeździe na rekolekcję była dla nas czymś kompletnie naturalnym. Na rekolekcje jeździliśmy od małego z rodzicami, którzy również należą do Ruchu. W związku z tym, że para prowadząca jest nam znana od wielu lat, pojechaliśmy do Bańskiej Wyżnej bez większych obaw.

W naszym życiu rodzinno-małżeńskim wszystko toczyło się swoim rytmem. Przeważały chwile gorsze, ale miewaliśmy też lepsze momenty. Od początku małżeństwa dużo się kłóciliśmy. Kuba często wyjeżdżał z przyjacielem w góry. W każdy weekend w naszym domu pojawiały się duże ilości alkoholu i znajomych. Taki styl życia w negatywny sposób odbijał się na naszej relacji, a także na relacji z naszą córką, której nie poświęcaliśmy odpowiedniej ilości czasu. Kuba był również mocno zaangażowany w ćwiczenia na siłowni i w następie tego, miał styczność ze sterydami. Połączenie weekendowych libacji alkoholowych z używkami doprowadziło pod koniec 2018 do pogorszeniu się jego stanu psychicznego. Od tamtej pory nasza rodzina przeżywała różne chwile. Agnieszka zaszła w ciążę. Zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Dołączyły do nas dwa kociaki. W ciągłej gonitwie nie mieliśmy czasu na Pana Boga. Wykonywaliśmy absolutne minimum zobowiązań, aby zaspokoić własne sumienie. Podświadomie czuliśmy też, że relacja z Bogiem jest dla nas jedynym ratunkiem i w jakiś sposób spaja jeszcze nasze małżeństwo.

Przed samym wyjazdem na rekolekcje strasznie się kłóciliśmy. Nie pamiętamy dnia bez kłótni. W naszych wymianach zdań nie brakowało wulgaryzmów i agresji. Wszystkiemu przyglądała się Łucja. Na początku rekolekcji wszystko wydawało nam się jasne i zrozumiałe. W końcu, nie pierwszy raz uczestniczymy w takim wydarzeniu. Bardzo pozytywne wrażenie zrobiła na nas niesamowita otwartość par animatorskich i ogromne zaangażowanie diakonii wychowawczej. Plan rekolekcji był bardzo napięty. Rano Jutrznia, śniadanie, szkoła życia, spotkanie w kręgach, szkoła śpiewu, Eucharystia, obiad, 3h wolne dla rodziny, szkoła modlitwy + Namiot Spotkania, kolacja, pogodny wieczór. 7 sierpnia czyli 4 dzień rekolekcji był jednym z najważniejszych dni tego wyjazdu. Tego dnia mieliśmy uroczyście przyjąć Jezusa jako naszego Pana i Zbawiciela. Po tym akcie zrozumieliśmy, że Pan Bóg powinien być w naszym życiu na stałe, a nie tylko odwiedzać nas raz na jakiś czas. Dotarło do nas, że w pełni zawierzamy się jego prowadzeniu. Od teraz robimy wszystko tak, żeby był z nas dumny. Nie możemy być już dłużej ”letni”.

Kolejnym przełomowym momentem rekolekcji była uroczysta spowiedź połączona z Adoracją. Całe wydarzenie trwało 5 godzin. Był to spory wysiłek fizyczny, w szczególności dla Agnieszki w stanie błogosławionym. W trakcie spowiedzi Kuba otrzymał od ojca spowiednika słowa, które zrewolucjonizowały nasz sposób rozmawiania. Na co dzień bardzo dużo ze sobą rozmawiamy, ale jak się okazało, nie poruszamy tematów trudnych. Nie dzielimy się ze sobą za specjalnie swoimi troskami i radościami. Zaleceniem ojca było to, żebyśmy codziennie przez 15 minut rozmawiali o tym, co nas tego konkretnego dnia spotkało wewnętrznie. Od tamtej pory codziennie dowiadujemy się nowych rzeczy o sobie i wspieramy się w trudnych momentach, o których wcześniej byśmy nie wiedzieli.

Bardzo ważnym momentem podczas jednego z popołudniowych Namiotów Spotkania była dla Kuby łaska oświecenia. Duch Święty przyszedł do niego i pokazał mu, że zamiast zmagać się i walczyć z codziennymi trudnościami sam powinien żyć wiara, żyć Jezusem. Modlić się i oddawać cześć Panu od rana do wieczora. Zawierzyć wszystkie swoje troski właśnie Jemu. Nie ma potrzeby, żeby dźwigał swój krzyż sam.

Najwspanialszym przeżyciem wspólnym, małżeńskim, jakie nas spotkało na tym wyjeździe był dialog małżeński. Agnieszka już kilka dni wcześniej siadała w kaplicy, żeby zapisać wszystkie myśli do omówienia. Przed dialogiem pojechaliśmy wszyscy do kościoła na Mszę św. Po powrocie Kuba krzątał się czekając na diakonię wychowawczą, żeby przejęli opiekę nad Łucją. Agnieszka chodziła poddenerwowana, poganiając Kubę. Zdarzyło się najgorsze. Pokłóciliśmy się na całego. Kiedy wydawało się, że z dialogu nici Agnieszka się opamiętała i zaczęliśmy się razem modlić - otwarcie i z głębi serca. Przywoływaliśmy Ducha Świętego. Oczywiście nie pozostawił nas z tym samych. Poprowadził nasz dialog tak, że poruszyliśmy bardzo ważne sprawy związane ze zdrowiem psychicznym i przemocą w naszej rodzinie.

Agnieszka:
Całe rekolekcje modliłam się, aby Bóg pokazał to, co we mnie jest złe. Zawsze łatwo było mi powiedzieć, że mój mąż jest niedobry, a ciężej spróbować sama się zmieniać. Przygotowałam całą listę tematów do omówienia, ale jednocześnie modliłam się o dar słuchania. Przed dialogiem dokładnie usłyszałam, co jest we mnie złe, przez 80% czasu mówił Kuba i udało mi się poruszyć 1 sprawę z 12. Jak zwykle Pan Bóg miał dokładnie inne plany niż ja.

Wyjątkowo oczyszczający okazał się wieczór modlitwy małżeńskiej. Przeprosiliśmy siebie za wszystkie zranienia, które wyrządziliśmy sobie nawzajem. Był to również moment modlitwy dziękczynnej za siebie nawzajem. Podziękowaliśmy Bogu za wszystko czym nas obdarzył. Wypowiedziane słowa uleczyły wiele ran z przeszłości.

Oboje doświadczyliśmy obecności Boga i tego, że z nami rozmawia, jeśli tylko zaprosimy Go do swojego życia i poświęcimy czas na modlitwę. Od paru miesięcy prowadzimy z naszą córką rozmowy na temat imienia naszej młodszej córeczki. Zdecydowaliśmy się na imię Sara, ale nie spotkało się to z aprobatą Łucji, która była niezadowolona z naszego wyboru. Zależało jej na tym, żeby nasz nowy członek rodziny nosił imię Lilia (jak koleżanka z przedszkola). My również nie byliśmy przekonani co do tego imienia, ponieważ ma pochodzenie hebrajskie i potencjalnie może przysporzyć córce kłopotów w szkole. Agnieszka modliła się i pytała Boga, jaką decyzję podjąć. Dwa dni przed końcem rekolekcji, jadąc na dzień wspólnoty, Bóg dał nam odpowiedź. Nie poruszaliśmy tematu imienia. Łucja sama z siebie, przerywając ciszę, w pewnym momencie powiedziała „No dobra, niech będzie Sara.” I tak faktycznie się stanie.

Agnieszka i Jakub

Jesteś tu: